Na Majówkę postanowiliśmy wyjechać do dziadków, z którymi dzieci nie widziały się od świąt Bożego Narodzenia. Z racji tego, że zapowiadała się fajna pogoda nastawiłam się na fajny fotograficzny weekend z dziećmi. Zdjęć jakoś ostatnio robię mało i bardzo mi tego brakuje, dlatego tak cieszyłam się na te majówkowe zdjęcia. A tu klops! Mąż zapomniał wziąść aparatu gdy ostatni raz wracał do mieszkania aby sprawdzić czy wszystko zostawiliśmy powyłączane. Byłam okropnie na niego zła, ale cóż czasu nie da się cofnąć. Ale mam nauczkę, że aparat fotograficzny muszę brać sama. Zawsze! :-)
Dodatkowo weekend przedłużyłam sobie z dziećmi o tydzień dlatego tym bardziej mi żal, że tego aparatu nie miałam :-( No ale cóż koniec użalania, tymczasem pozwólcie, że przedstawię Wam naszą
instagramową Majówkę.
Matce udało się wyrwać trochę czasu dla siebie :-) Z racji tego, że nie miałam przez półtora tygodnia laptopa miałam sporo czasu na wieczorne czytanie. Ten internet i laptop to jednak pożeracze czasu ;-) Podczas pobytu udało mi się przeczytać Marzycielkę z Ostendy (bez rewelacji) i zaczęłam Danutę Wałęsę (ilość powtórzeń w tej książce tych samych myśli jest zatrważająca ;-), ale generalnie książkę w miarę dobrze się czyta i ciekawie jest spojrzeć na tamte czasy z perspektywy tej kobiety. Książka przyjechała ze mną do Warszawy i myślę, że niebawem ją skończę :-)
Zdjęcie balerinek powstało w ostatniej chwili na "Balerinkową akcję" u
Schocolli :-)
Lubię robić zdjęcia kwiatom, przyrodzie, dlatego sporo takich zdjęć się nazbierało :-) Mama a babcia chłopców posadziła w tym roku bzy, magnolie, azalie, konwalie. Zapach bzów i konwalii jest obłędny :-)
Pod koniec pobytu Kacperek miał niemiły wypadek. Spadł z drabinki i porządnie stłukł sobie łokieć. Oczywiście od razu pojechaliśmy na pogotowie, ale na szczęście nic sobie nie złamał ani nie zwichnął, skończyło się na szynie gipsowej. Szynę ściągnęliśmy po 3 dniach, ale nadal rekonwalescencja trwa. Łokieć nadal bardzo go boli choć już samą dłonią coraz więcej robi, bawi się, zaczyna sobie pomagać chorą ręką w ubieraniu. Jesteśmy dobrej myśli :-)
Czy Wasi rodzice, a dziadkowie Waszych dzieci też tak bardzo przeżywają gdy ich wnukom coś się przydarzy? Bo u mnie nawet dochodzi do obwiniania mnie jako rodzica (choć sama mam sobie za złe, że na dwie minuty spuściłam go z oczu). Chyba że dziadkowie już zapomnieli jak to było z ich własnymi dziećmi, bo ja dziękuję Bogu, że nic więcej się nie stało i w zasadzie cieszę się, że tylko tyle. Przywykłam już do tego, że wypadki chodzą po dzieciach ;-)
I jeszcze jedną taką refleksję mam: mianowicie zaprzeczanie przez dorosłych temu co mówi dziecko. Gdy mówi, że go boli ręka przy zakładaniu szyny i płacze, to lekarz mówi, że przecież nic go nie boli. To samo babcia Kacperka gdy chciała mu posmarować łokieć maścią, a on mówi, że go boli zaprzecza temu, że przecież aż tak go nie może boleć. A jednak dziecko boli i ja w takich przypadkach to szanuję, a poza tym znam swoje dziecko. Przecież każdy może mieć inną wrażliwość na ból - dla mnie to oczywiste. Ale może dlatego, że mój syn ma nadwrażliwość dotykową i ja żyję z tą jego wrażliwością już prawie 6 lat i rozumiem to bardzo dobrze.
A tak na marginesie to gadałam wczoraj ze znajomą, która miała podobny uraz łokcia i mówiła mi, że ból jest niesamowity. Kropka.